Blog > Komentarze do wpisu
Ja i Gombrowicz

Dlaczego najpierw „Ja” a potem „Gombrowicz”?
Ano dlatego, że nie chcę właściwie pisać o twórczości Gombrowicza. Tak naprawdę nie mam o niej do powiedzenia więcej, niż powiedziane zostało. Lecz nie mogę pozostawić bez próby uzasadniania mojej nim fascynacji. To coś innego niż fascynacja jego literaturą bo wiele innych książek do dzisiaj wzbudza podobne odczucia, ot choćby „Mistrz i Małgorzata” czy „Proces”. Zresztą moja znajomość literatury jest raczej mizerna. Przyznaję, „Ulissesa” odrzucałem za każdym podejściem, „W poszukiwaniu straconego czasu”- nawet nie próbowałem a i „Czarodziejską Górę” przeczytałem zupełnie niedawno. Tak więc jeżeli obcy mi jest i niedostępny geniusz Joyce to dlaczego autor „Ferdydurke” tak zawładnął moim umysłem?

Moja relacja z Gombrowiczem jako pisarzem i człowiekiem jest dwojaka, nazwijmy ją dla uproszczenia bliższą i dalszą. Ta bliższa to głównie „Dzienniki” i świadomość podobnego, nieraz identycznego patrzenia na świat, malarstwo, ludzi, muzykę. Z „Dzienników” wyłania się Gombrowicz z krwi i kości, Gombrowicz bliski, budzący sympatię. Jakże często nasza miłość do tej czy innej książki wynika z poczucia bliskości z jej autorem.

Skąd zatem ten podziw dla jego osoby (pośrednio więc do jego książek), bo przecież nie wynika ona z tejże bliskości.

Gombrowicz to wielkie odkrycie. Odkrycie, że On nazwał coś czego ja nazwać nie mogłem a co towarzyszyło mi od czasu kiedy mój umysł próbował zadawać pytania i wyjaśniać rzeczy, które wtedy były poza moim zasięgiem . To coś to „forma”, którą odczuwałem, choć wtedy nie wiedziałem, co to za stwór. Forma, która mi narzucano ale którą również sam tworzyłem. Jakże boleśnie czasami odczułem tą tajemnicę. Sztuczność, która była mi zawsze przypisana a która paradoksalnie stała się tak samo ważna jak autentyczność. I nie chodzi tutaj o konwenanse, których czasem przestrzegałem a czasem przeciw nim spiskowałem. Nagle uświadomiłem sobie czytając „Ferdydurke”, że cały czas jestem jak ten bohater usiłujący niezdarnie uciec od „pupy” i „gęby”. Ciążyła mi ta gęba nieznośnie choć wtedy uciekałem w proste tłumaczenie sztuczność jako coś czego należy się pozbyć i naturalność, którą należy pielęgnować.

Paradoksalnie książka, która wielu wydaje się abstrakcyjna i oderwana od świata rzeczywistego dla mnie stała się jak najbardziej rzeczywista. Dotknęła tego świata tak mocno jak tylko można go dotknąć. Dotknęła człowieka i jego relacji z drugim człowiekiem aż do bólu i zupełnego obnażenia .
Kiedyś pewna czytelniczka prasy (chyba emigracyjnej „Kultury”) napisała do Gombrowicza list. Treści nie pomnę ale chodziło czytelniczce o to mianowicie dlaczego Ona, która rozumie i kocha największe dzieła polskiej literatury nie może pojąć wielkości „Transatlantyku” czy „Ferdydurke”. Odpowiedź Gombrowicza jak to często bywało była przewrotna; „Niech Szanowna Pani przyjmie, że ja jestem „wyższy” a pani „niższa”.

Pewnie tamta czytelniczka nie mogła tego przyjąć. Ja tak.

poniedziałek, 22 października 2007, pjerry