RSS
wtorek, 03 marca 2009
Chciałbym napisać o..
Rzeczy o których chcę pisać tkwią w mojej głowie od dawna. Pewne spostrzeżenia i myśli układają się w notatki ale nie są jeszcze przelane na papier. Często czytam, że wielu z piszących odczuwa pustkę w głowie, wydaje im się, że nie ma o czym pisać. Ja w tej chwili odczuwam coś wręcz przeciwnego. Nagromadziło mi się tyle tematów i przemyśleń, że żal mi urzeczywistnić tylko jedną z nich. To tak jak z nawałem pracy, kiedy pracodawca obarczy nas taką ilością zadań, że nie widzimy końca, nasza reakcja jest jedna i oczywista : nie robimy nic

Niektóre z wątków jeszcze do końca nie zamknęły się w przekonywującą całość i czekają na ten symboliczny czasowy moment. Inne wydają mi się w tej chwili zbyt moralizatorskie.
Chciałbym napisać jak wielkim absolutem jest muzyka. Dla mnie i wielu osób mi bliskich kontakt z muzyką w swoim patosie może nieraz skojarzyć się z religią
Chciałbym napisać, jak ważna jest przyjaźń w związku między kobietą a mężczyzną i o tym, że mówienie o takiej przyjaźni „niemożliwa" jest nie tylko głębokim nadużyciem ale skazaniem swojego związku na porażkę
Chciałbym napisać o mojej fascynacji ciałem kobiety i jak bliskie jest mi to co tworzy w swoich obrazach Franciszek Starowieyski

Ale nie napiszę ponieważ drogi czytelniku dotarłeś już do końca tej przygody - bo dla mnie była to jednak pewna przygoda. Dla Swojej wygody nie klikaj tu więcej bo już nic się tutaj nie pojawi.

Bardzo dziękuję wszystkim którzy mnie czytali i wspierali często może nie tyle w komentarzach co bardziej prywatnymi kanałami.
Kiedy zaczynałem pisać przyjąłem sobie pewne założenie. Nie udało się go zrealizować, to prawda. Mogę uznać to za porażkę, tym bardziej, że nigdy nie ukrywałem iż moim celem jest stworzenie bloga poczytnego. Pewnie okres kiedy chciałem to osiągnąć był za krótki, a moje działania zbyt chaotyczne i małe. Może teraz mając tę wiedzę miałbym szansę na sukces, bo widzę również, że sprzyjający okres ku temu przespałem. Jedno jest pewne, gdybym nie spróbował to i tak kiedyś bym spróbował, wiec nie ma czego żałować.

Zanim pojawi się sprzyjający dla mnie czas na pisanie upłynie dobrych parę lat. A nawet jeśli to na pewno nie spotkamy się już w tym miejscu

poniedziałek, 02 marca 2009
Bieg czasu
Przeczytałem sobie ostatnio pewną książkę. Opowiada ona historię młodego człowieka, który przebywał bardzo wysoko w górach, w sanatorium. Czasami myślę sobie że czytam książki tylko po to, żeby przez chwilę zatrzymać się myślami. Tutaj skłoniły mnie do tego rozważania o czasie.

W tamtejszych warunkach - czyli w sanatorium - czas płynął zupełnie inaczej niż dla ludzi na nizinie. Rytm życia spowodował, że dla kuracjuszy najmniejszą policzalną jednostką czasu był miesiąc. Natomiast przepisowe mierzenie temperatury czyli 7 minut rozciągało się w nieskończoność. Ten fenomen rozciągnięcia czasu znamy wszyscy, wystarczy czekać nad gotującą się wodą w czajniku. Czas dłuży się w nieskończoność i wydaje nam się, że go rozciągamy. Ale jest to złudne, bo ten czas teoretycznie rozciągnięty w rzeczywistości się kurczy jeśli patrzymy na niego wstecz, z teraźniejszości. W drugą stronę dzień czy miesiąc pełen wydarzeń trwa krótko, kurczy się ale z perspektywy okresu następnego wręcz przeciwnie, wydaje się rozciągnięty.

Chciałbym umieć żyć czasem teraźniejszym ale nie łudzę się, że jest to na razie możliwe. Teoretycznie czas jest w naszej kulturze pojęciem linearnym i ja tak po części go odczuwam. W końcu z roku na rok jestem starszy a wiele rzeczy bezpowrotnie przemija. Ale jednak w tym linearnym czasie mieszczą się i najwięcej znaczą, jego poszczególne cykle.
Najmniejszym jest oczywiście dzień, później tydzień, koniec roku, okres między wakacjami. Dzień jest dla mnie oczywistym biologicznym cyklem. Tydzień wynika z faktu podziału na dni pracujące i dni wolne. Podobnymi prawami rządzą się okresy między wakacjami na zasadzie praca - wypoczynek. Nie wspominam już o oczekiwaniu na różne przyjemności, te codzienne i te od święta. One również zakłócają mi linearny bieg czasu.

Ale nawet jeśli chcę okiełznać tę minimalną jednostkę - czyli jeden dzień - zawsze jak sięgnę pamięcią nie potrafiłem w pełni nad nim panować.
Wynika to pewnie z mojego przyzwyczajenia wiecznego patrzenia w przyszłość i robienia danej rzeczy w oczekiwaniu na wydarzenie późniejsze. Wykonują jaką pracę, myślę, jak fajnie będzie kiedy ją skończę i odpocznę. Wspinam się na górę , myślę już o tym, jak piękna będzie chwila kiedy wrócę do „schroniska", zdejmę buty i napije się zimnego piwa. Podobną pułapkę zastawiałem kiedy czekałem na coś w telewizji. Pewnie wyda wam się to nieprawdopodobne ale kiedy w TV leciał jakiś fajny serial to człowiek odliczał kolejne dni do emisji następnego odcinka.

W tym podejściu jest pewna pułapka, której nie umiem się ustrzec. Dowolny odcinek czasu dzielę - w uproszczeniu - na część przyjemną i nieprzyjemną. Nieprzyjemną niech będzie dzień w pracy i wszystkie obowiązki domowe. Przyjemną - wieczór i odpoczynek. Paradoksalnie poprzez takie nastawienie dzień staje się rozciągnięty, wieczór zaś ulega ściśnięciu. Czekanie staje się wartością samą w sobie bo późnej to na co czekamy przemija zbyt szybko. Wyjaśnię to lepiej na przykładzie wakacji. Pamiętam, kiedy będąc dzieckiem wychodziłem w ostatni dzień roku szkolnego ze świadectwem w ręku, przepełniony byłem bezbrzeżnym szczęściem. Miałem przecież przed sobą całe dwa miesiące wakacji. Ale z każdym dniem zbliżał się nieuchronny koniec i ta myśl w miarę upływu tychże wakacji zakłócała radość. Kiedy mijał półmetek człowiek popadał w absurdalne myślenie, że został już tylko miesiąc. Jakie to głupie bo przecież normalnie człowiek cieszy się z końcem tygodnia na dwa dni wolne. Zresztą co tu dużo szukać, podobnie jest z weekendem. Najfajniejszy jest zawsze piątek wieczór wiadomo, perspektywa dwóch dni wolnych. Sobota wieczór już wprowadza pewien nastrój, że coś się za chwilę skończy. Niedziela właściwie stracona bo myślami człowiek jest już przy poniedziałku i wszystkich obowiązkach tygodnia przyszłego.

Może kiedyś nauczę się żyć w rytmie czasu, zgodnie z jego „linearnością".

Chociaż nawet teraz, pisząc, jestem już myślami przy chwili kiedy dzieło zostanie ukończone, a ja spojrzę na nie z zadowoleniem - lub dezaprobatą.

sobota, 28 lutego 2009
Smutny spektakl
Z powodu niemożności wykonania w tamtej chwili żadnej innej czynności i przebywania w miejscu gdzie dostępny był tylko TVP1, TVP2 i TVN obejrzałem sobie mecz klubowej piłki nożnej. Była to, zdaje się Liga Mistrzów. Grał na pewno Real Madryt (bo widziałem w białej koszulce Raula a w ichniej bramce Casillasa) i Liverpool (bo żadnego z Anglików nie rozpoznałem). Kiedyś w dawnych czasach kibicowałem Liverpoolowi więc jak się domyślicie nic dobrego teraz o klubowej piłce nie powiem. Tak wszyscy „wiekowi" mają. W dzieciństwie czymś się interesowali, po czym teraz nie znajdują w tym czymś już nic godnego uwagi.

Grały ze sobą dwie czołowe drużyny klubowe Europy. Charakterystyczną cechą najlepszych klubów europejskich jest to, że grają w nich najlepsi piłkarze. Drużyna A kupuje kilkunastu najlepszych zawodników i drużyna B kupuje kilkunastu najlepszych zawodników. Następnie zawodnicy ci rozmieszczeni w dwóch różnych - podkreślam różnych - drużynach, grają naprzeciwko siebie. Pamiętam jak na lekcjach W-F tworzyliśmy na szybcika dwie drużyny. Kapitanowie stawali naprzeciwko siebie i wybierali po kolei zawodników do swoich drużyn. Tu jest podobnie ale ponieważ nie jest to jakaś dziecinna kopanina tylko poważny męski futbol stoją za tym poważne męskie pieniądze. Przydział do danej drużyny nie odbywa się ot co, to skomplikowana procedura nazywana transferem.
Jeśli chodzi o stawkę główną tak naprawdę nie wiadomo do końca o co chodzi, czyli można przyjąć, że o pieniądze. Która drużyna wygra dostanie więcej pieniędzy. Te pieniądze następnie w formie pośredniej lub bezpośredniej otrzymuje zawodnik. Zawodnik uprawia normalny zawód jak każdy inny, tyle, że dobrze płatny. Fenomenem jest ilość jeleni, która chce zapłacić za oglądanie tego smutnego widowiska.

Bo co do grzyba obchodzi mnie w końcu czy wygra drużyna A czy drużyna B ? Za kilka lat wszystko równie dobrze się wymiesza i 5 zawodników przejdzie z drużyny A do drużyny C a pięciu innych z drużyny C do drużyny B. Więc jeśli teraz kibicowałbym przykładowo drużynie C to za kilka lat zupełnie już nie wiedziałbym komu kibicować.
Zapomnieliśmy jeszcze o wysokich umiejętnościach piłkarzy. Rzeczywiście, są wysokie ale same umiejętności wyzute z emocji przypominają trochę wyretuszowane i przesadnie perfekcyjne zdjęcia w Vivie. Może byłbym skłonny przyjąć, że granie sprawia zawodnikom przyjemność. Mógłbym, ale nie przyjmę, bo kompletnie tego nie widzę. Może dlatego, że są eksploatowani ponad miarę. Perpetum mobile musi się przecież kręcić. Podziwiam organizację tego przedsiębiorstwa (bo to jest jedyna odpowiednia nazwa dla tego piłkarskiego przedsięwzięcia) tylko nie widzę w jakim celu miałbym oglądać cały cykl produkcyjny tegoż przedsiębiorstwa.

O ile pamiętam to sport jest najbardziej istotny dla tych, którzy go uprawiają, to po pierwsze. Po drugie jeśli już oglądamy to tylko wtedy gdy kierują nami konkretne emocji. Nasza klasa 5a gra z klasą 5b, nasza podstawówka gra z inną, Polacy grają z Ruskimi, i tak dalej, i tak dalej.
A tutaj jakby ktoś nam zafundował ciąg meczów z udziałem gwiazd. Owszem oglądało się od czasu do czasu takie mecze z okazji zakończenia kariery przez słynnego piłkarza, ale ileż można.

A tak na marginesie drodzy Panowie. Zawsze krytykujecie swoje żony, ze oglądają pasjami tańce z gwiazdami czy telenowele. Wiedzcie zatem, że pasjonowanie się Ligą Mistrzów z punktu widzenia waszych kobiet jest tak samo idiotyczne jak oglądanie durnych seriali.

Z czym z wielką radością muszę się zgodzić.

czwartek, 19 lutego 2009
Kompleks klasyki

 

Kiedy byłem mały świat muzyczny wydawał się piękny. Dla 10-letniego dziecka muzyka była absolutem, tajemniczą krainą, która obiecywała wiele a dawała jeszcze więcej. Słuchanie muzyki w tym wieku jest chyba najbardziej nieskalanym odbiorem jaki można sobie wyobrazić - słucha się tego co się w danej chwili podoba. Jeśli cofniecie się myślami do początku lat 70-tych i przypomnicie sobie, że nie było wtedy jeszcze programu Trzeciego, nie było muzycznych gazet i możecie wierzyć albo nie : nie było również Internetu.

Może istotne jest to, że podstawowym i najbardziej uwielbianym elementem muzyki stała się dla mnie melodia. Nie wiem czy sprawiły to Czerwone Gitary i ich "Kwiaty we włosach" czy „Wesele" Marka Grechuty , a może był to polonez As-dur Fryderyka Chopina lub Dajana w wykonaniu Paula Anki, nie pamiętam. Zresztą jakie to ma znaczenie ? Potem wszystko potoczyło się właściwym torem i szybko pojawiła sie Abba, Electric Light Orchestra, później uwielbiany Queen. Drugą ścieżką szedł sobie dostojnie Wolfgang Amadeusz Mozart, Jan Sebastian Bach, Vivaldi i Piotr Czajkowsky. Wiedziałem juz wtedy, ze muzyka dzieli się na lepszą (wspomniani) i gorszą (Urszula Sipińska) ale nie wiedziałem, że podział ten przebiega dokładnie wzdłuż innej linii podziału muzyka poważna - muzyka rozrywkowa.

I tak tkwiłem w tej muzycznej nieświadomości odkrywając kolejne melodyczne perełki. Kiedy w szóstej klasie szkoły podstawowej wędrowałem na lekcje religii to śpiewałem sobie przez całą drogę "Help" Beatlesów bo nie mogłem się uwolnić od tej melodii. I jeśli wtedy wyobrażałem sobie jakoś Boga to był on Muzyką lub wiele miał z nią wspólnego.
Człowiek jednak dorasta i zaczyna oglądać i słuchać co mówią inni. A wtedy w radiu i telewizji królowali tzw. krytycy wywodzący się z kręgu muzyki poważnej (jak np. Janusz Ekiert). I od nich dowiadywałem sie, że to co dla mnie wydawało się piękne tam u nich nie znaczyło nic. Byłem młody, buntowałem się, prowadziłem nawet wyimaginowane dyskusje, bo na te realne nie miałem żadnych możliwości. Jak lew broniłem w myślach kompozycji Lennona i McCartneya. Wtedy krytycy całą muzykę nie-klasyczną wrzucali do jednego worka nazywając muzyków szarpidrutami.

Oczywiście większość nie miała pojęcia o czym pisze bo tak naprawdę nie wiedzieli co w tej nie-poważnej muzyce się dzieje, żeby być uczciwym ja również. Słowa płynęły z ekranu czy radia i nie można było na nie odpowiedzieć. Co ciekawe tak jak na muzyce, którą nazywali rockową mogli się wyżywać do woli tak jazz był dla nich w pewnym sensie nietykalny. Nie rozumieli go ale poziom techniczny i wykształcenie jaki prezentowali jazzowi muzycy spowodował, że ci muzycy stali się dla tychże krytyków niedostępni. Tak więc w końcu wyklarował się kompromis - podzielili muzykę na poważną czyli tą dobrą, rozrywkową czyli tą złą i jazz.
Czasami niektórzy z nich w chwilach słabości wspominali tu i ówdzie o rozrywkowym charakterze muzyki, no ale wtedy pojawiała się znienawidzona przeze mnie operetka. I tu pojawiła sie pierwsza rysa na szkle. Nie mogłem pojąć jak można jednocześnie wielbić fugi Bacha i zachwycać się operetką czyli tą odmiano disco -polo muzyki klasycznej.
Cios ostateczny zadał Bogusław Schaeffer w książce "Dzieje muzyki". Kiedy zaczął się rozdział dotyczący historii muzyki współczesnej opadły mi po prostu ręce. Przeczytałem, że muzyka rockowa polega na tępych uderzeniach perkusji, że Beatlesi na początku kariery grali proste piosenki ale potem w ich tekstach pojawiły się elementy krytyki społecznej. Nie cytuję dokładnie bo nie mam pod ręką książki

W końcu zrozumiałem, że pomimo iż i Ja i Oni kochaliśmy tę samą często muzykę to nasze drogi rozeszły się na dobre. Kiedy wspominam sobie ten czas podziału wielokroć sie zastanawiam jak to się stało. W żadnej dziedzinie sztuki nie było tak dziwnej granicy. Literatura, film czy teatr dzieliły sztukę na dobrą lub złą, popularną lub nie-popularną. Ale tylko muzyka jako jedyna ze sztuk podzieliła się w sposób idiotyczny na „poważną" i „rozrywkową". Mogę wprawdzie od biedy to wytłumaczyć. Kiedy młody człowiek dorasta i poszukuje nigdy nie będzie wracał do przeszłości i trudno od niego wymagać, żeby wielbił klasykę. A muzyka współczesna popełniła duże fopa wchodząc na obszary dla przeciętnego słuchacza zupełnie niedostępne (podobnie jak malarstwo).
Zresztą oszałamiający sukces i sława Pogorelica dostatecznie wyjaśniają ten fenomen. Wystarczy założyć inną koszulę, przyjąć nonszalancki styl i zacząć o wiele bardziej akcentować lewą rękę, żeby młodzi ludzie zaczęli słuchać Chopina. Kto tego nie rozumie nie powinien zajmować się w ogóle uczeniem dzieci muzyki.

Jak skończyła się ta moja subiektywna historia współczesnej muzyki? Najpierw poszukałem absolutu, jednak dręczyło mnie to, że są pewne obszary muzyki dla mnie dostępne. Przełamałem swoją niechęć do jazzu, zacząłem słuchać muzyki współczesnej, ba, stałem się nawet piewcą awangardy rocka. A tymczasem w świecie obiektywnym podział zaczął zanikać. Może dlatego, że muzyka przestała być „czysta" gatunkowo a tacy współcześni kompozytorzy jak Heiner Goebbels nie kryli inspiracji muzyką „rozrywkową"

A później dorosłem, czyli powróciłem do dzieciństwa. Czyżby na tym polegało muzyczne dorastanie? Mogę już bez durnych obciążeń zachwycać się Bobem Dylanem albo wracać do Abby (tak Abba dalej wydaje mi się melodycznie niedościgła) , ale również mocno fascynować się takimi kompozytorami jak Arvo Part, Heiner Goebbels czy Krzysztof Penderecki. Bo i Krzysztof Penderecki nie był konsekwentny. Kiedyś mówił, że nie interesuje go melodia a teraz proszę.

Nie koniec dzieciństwa, ale znowu jego początek.
Bez końca 

sobota, 14 lutego 2009
Talon na samochód
Młodsi czytelnicy pewnie nie pamiętają ale takie cudo jakie widzicie na obrazku można było mieć kiedyś za połowę ceny rynkowej jeśli tylko uzyskało się na nie przydział czyli tak zwany talon. Z tymże talonem czekało się grzecznie na swoją kolejkę i po krótszym lub dłuższym czasie odbierało się samochód za który momentalnie na giełdzie mogliśmy otrzymać dwa razy tyle a w pewnym czasookresie lat 80-tych nawet więcej.

Kiedy przemysł samochodowy w Ameryce i Europie zaczął niedawno chylić się ku upadkowi wróciłem mentalnie do tamtych czasów i pomyślałem sobie, że byłby to świetny pomysł na poratowanie zagrożonych koncernów. Zamiast pompować w te koncerny ciężkie pieniądze, które za chwilę okaże się, że niewiadomo gdzie się podziały lepiej wspomóc bezpośrednio potrzebujących. Np. mnie nigdy nie marzyło się kupno nowego samochodu ale gdybym dostał powiedzmy talon i mógłbym kupić pojazd wart 90-100 tys. powiedzmy za 20-30% ceny pewnie bym skorzystał. Skorzystałbym ja, skorzystałby koncern, środowisko też. Zapytacie skąd wziąć na to pieniądze? Ach to przecież proste. Nawet taki ignorant ekonomiczny jak Nikodem Dyzma wiedział, że „Wystarczy wyemitować obligacje". Pewnie co bardziej dociekliwi zaczną drążyć, że obligacje trzeba kiedyś spłacić. Powiem tak : nie chcę już tego więcej słuchać.
Wynika z tego, że doskonale nadawałbym się na doradcę rządu w Niemczech. Wprawdzie Niemcy uderzyli delikatnie, chcą subwencjonować w wysokości ledwo 2 czy 3 tysiące euro. Mam nadzieję, że to tylko skromny początek. Więcej odwagi panowie reformatorzy i specjaliści od wychodzenia z kryzysu.
Koncerny samochodowe nigdy nie chciały przyjąć do wiadomości, że ludzie kupują tyle i tyle samochodów (tak jak jedzą tyle i tyle chleba) i teraz chcą wszystkich nas w tym gównie utopić. Więc może lepiej idźmy im na rękę i wprowadźmy zakaz użytkowania samochodu, który ma więcej niż 5 lat. Przecież to banalnie proste. Po pięciu latach każdy samochód idzie na złom i interes się kręci o obu stronach, wraz z przemysłem utylizującym stare wraki. Dlaczego nikt nie chce przyjąć tak oczywistych rozwiązań? Ale to nie wszystko. To samo zróbmy z telewizorami, pralkami i innymi sprzętami, które ludzie eksploatują w bezmyślny sposób prze wiele lat skazując producentów tychże pralek na pewną plajtę. Tutaj wprawdzie byłby kłopot bo tzw. trójki robotniczo-chłopskie musiały by wpadać do mieszkania i sprawdzać czy sprzęt AGD spełnia te kryteria. Dla dobra nas wszystkich trzeba też zamknąć giełdę rzeczy używanych.
Można wprawdzie zrezygnować z zapędów autorytarnych ale wtedy jest konieczne pójście w opcję jakiejś sugestywnej reklamy. np. „Kupiłeś używany samochód ? Wiedz, ze masz zatem na sumieniu 3 bezrobotnych".

Przeczytałem niedawno, że jako jedyni idziemy pod prąd. Nareszcie, może w końcu znajdziemy się w ekonomicznej awangardzie. Mogliśmy zrobić to dawno temu wprowadzając jako pierwsi podatek liniowy lub jedną stawkę VAT. Ale wtedy światli ekonomiści z gwiazdą profesorem Witoldem Modzelewskim na czele mówili, że takiego rozwiązania nie ma w żadnym kraju na świecie.
Teraz lepiej idźmy pod prąd czyli w kierunku o 180 stopni przeciwnym niż znajduje się skraj przepaści.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14